Radoslaw Slotwinski, Niviuk Peak, 233.33km, 7.06.2008, Borsk

zapis lotu OLC
plik IGC
relacja ze strony pilota
sylwetka pilota



05.06.08 w czwartek odbieram telefon od Goraja i słyszę „jedziemy dzisiaj do Borska , jedziesz?” Moja odpowiedz „nie mogę musze być w pracy”. Kilka godzin pózniej siedzę w samochodzie z Tomkiem i Ferrarim :).
W piątek pechowo dwa hole i dwa razy na ziemi, hol trzeci lina zerwana w końcu czwarty hol około godziny 16-ej i ląduje po dwóch godzinach 80km dalej zdziwiony że o tak póznej godzinie można polecieć jeszcze koło 100km. Koledzy z KKP Bąbel, Ferrari, Goray robią tego dnia ponad 100km.
W sobotę rano miejscowy matador Kacper obwieszcza , że dzisiaj nie lata ale jest dzień na 300km i do tego wszystkie wojskowe strefy po drodze wolne !!

Pierwsze szlaki cu wyskakują około 10 rano. Po poprzednim dniu i tylu nieudanych próbach wykręcenia się z lotniska przypinam się do liny z lekkim stresem bo kolejka za mną jest długa i wiem, że jeżeli dam w glebę to na następny start będę sporo czekał. Wyczepiam się na 450m i zjeżdżam jakies 200m niżej i zaczynam już powoli kląć aż nagle widzę jastrzębia wykręcającego bąbel nad lasem, natychmiast lecę w tamtym kierunku i zaczynam krążyć w noszeniu. Kątem oka widzę Ferrariego, który przez przypadek wyczepia się z holu na 100m i niestety ma za mało wysokości aby dolecieć do mojego komina. Wykręcam pierwszy komin na 1300m i wracam nad lotnisko i tam znajduję noszenie 5 m/s które opuszczam dopiero na wysokości 2100 m. Dalej to już jak w opowieściach z Australii...... szlaki po horyzont noszenia 4, 5 a nawet 6. Kryzys nad Szczecinkiem przetrzymuje w zerkach nad fabryką dając się znosić nad las z nad którego zabiera mnie rozbrykana 6 i wracam do gry.
Przelatuję 800m nad pasem lotniska w Mirosławcu i z ciekawością przyglądam się równo zaparkowanym tam kilkunastu odrzutowcom wojskowym. Godzina 17 a ja z 2800m podziwiam skrzące się złotem i srebrem jeziora i rzeki lecąc z prędkościa 60 km/h czyż można chcieć czegoś więcej.... Zmęczenie daję sie we znaki , nie wziąłem ze sobą nic do picia ani do jedzenia , ponieważ nie wiedziałem że tak długo uda się utrzymać w powietrzu. Ostatnie kilka kominów wykręcam bardziej siłą woli niż mięśni i ląduje koło 19-ej w Lipianach. Okazuje się że kilkanaście kilometrów dalej wylądował Jumbo a Gorajowa Ewelina czeka w sąsiedniej miejscowości więc w niespełna 30 min siedzimy wszyscy w aucie i jedziemy po Goraja który tego dnia złamał granice 300km w Polsce. Przygoda kończy się w Borsku nad ranem dnia następnego.